#Error

8 Październik 2010 1 komentarz

Hello World.

Zawsze, kiedy obiecuję regularne pisanie, milknę na kilkanaście tygodni.

Zacząłem mój drugi rok akademicki i jestem z tego powodu szczęśliwy. Wybuchy endorfin w moim mózgu trwały jednak krótko; powoli dopada mnie jesienna chandra. Coraz krótsze dni sprzyjają pisaniu różnych głupot po nocach. A więc intelektualnych masochistów zapraszam do czytania papki jaką będę tu wam serwował. Od ostatniej notki w moim życiu zmieniło się naprawdę dużo! Będzie więc o czym pisać.

Muszę się wam pochwalić: zadebiutowałem na papierze! Mój artykuł ukazał się w czasopiśmie studenckim „Unikat” kolportowanym na terenie Poznania. Niestety, ktoś podtarł sobie dupę moim tekstem i zjebał mi debiut, ale o tym (mam nadzieję) niedługo. ;)

Kategorie:Sir Jedi

Jutro rusza Avangarda VI

21 Lipiec 2010 2 uwag

Już jutro rusza szósta edycja konwentu Avangarda. Impreza oczywiście odbędzie się w Warszawie i będzie trwać 4 dni.
Również i w tym roku będę pomagał organizatorom jako gżdacz, a więc czeka mnie niezły zajazd. ;)

Relacja z Avangardy V

Żeby zaostrzyć wam apetyt na jutrzejszą imprezę wrzucam relację z poprzedniej edycji:

Czwartek, 2.07.2009

Po zgrabnym spakowaniu się i prawie trzy godzinnej podróży autobusem wylądowałem w stolicy około godziny 15:00. Na szczęście udało mi się znacznie sprawniej dotrzeć na teren samego konwentu, niż to przedstawiali organizatorzy na stronie imprezy. Dzięki linii autobusowej numer 502 dotarłem w mgnieniu oka do Zespołu Szkół nr 37 im. Agnieszki Osieckiej przy al. Stanów Zjednoczonych 24. Po naprawdę szybkiej akredytacji i pobieżnym zapoznaniu się z topografią budynku, udałem się do głównego sleep roomu (hala sportowa), aby tam pozostawić moje rzeczy.

Pierwszą atrakcją Avangardy, była premiera najnowszej powieści Jacka Komudy – „Samozwaniec, t. 1”. Książka otwiera cykl „Orły na Kremlu”. Następnym punktem programu było „Oficjalne rozpoczęcie” konwentu. Reprezentanci organizatorów opowiedzieli z grubsza historię Avangardy, odczytali listę sponsorów i patronów medialnych imprezy.

Dzień powoli chylił się ku końcowi, więc udaliśmy się większą grupką do knajpy konwentowej – Paradox Cafe. Wystrój wnętrza ściął mnie z nóg – półki uginające się od setek fantastycznych książek, na ścianach namalowane mapy Śródziemia i Warhammera, możliwość wypożyczenia całej masy planszówek i karcianek. Prawdziwa Mekka każdego polskiego fantasty! Do baru przyszedł również ukraiński duet autorów, piszących pod anglojęzycznym pseudonimem Henry Lion Oldi, czyli Dmitrij Jewgieniewicz Gromow oraz Oleg Siemionowicz Ładyżenski. Obaj panowie okazali się bardzo miłymi i kulturalnymi osobami. Przy kilku piwkach, od słowa do słowa, przeprowadziłem z panami wywiad. W tym miejscu pragnę podziękować pani Agnieszce Chodkowskiej-Gyurics, za pomoc w rozmowie i tłumaczenie obu stronom pytań i odpowiedzi.

Wróciliśmy na teren konwentu około godziny 1.00. Tak mniej-więcej wyglądał dzień pierwszy.

Piątek, 3.07.2009

Pobudka o 9:00 nie napawała mnie optymizmem. Jednak dobry humor wrócił po gorącym prysznicu.

Pierwszym punktem programu w moim rozkładzie jazdy była prelekcja: „Wampir w literaturze: rozwój czy degradacja?” poprowadzona przez Tomasza Bochińskiego i wspomnianą już Agnieszkę Chodkowską. Problem zawarty w tytule prelekcji jest ostatnio dosyć modny. Artykuł na ten temat można również przeczytać w „Nowej Fantastyce” 7/2009.

Następnie udałem się na spotkanie poświęcone Nagrodzie im. Żuławskiego pt. „Nagroda Żuławskiego – historia i perspektywy”. Spotkanie poprowadził oczywiście główny koordynator nagrody, czyli Andrzej Zimniak. Pisarz opowiadał o burzliwych początkach nagrody, pierwszej edycji, tegorocznych nominacjach oraz planach na przyszłość. Pod koniec, został przeprowadzony konkurs: Zimniak czytał fragment powieści, bądź opowiadania, my natomiast mieliśmy zgadnąć, co to za utwór i czyjego autorstwa.

Potem udałem się na wykład poświęcony średniowieczu i krucjatom, pt. „Średniowiecze cz.3 : Kościół i krucjaty”, przeprowadzony przez „Wnuka”.

Dalej przeniosłem się na spotkanie autorskie z Anną Brzezińską i Grzegorzem Wiśniewskim, zaś Kkolejnym punktem programu był wykład na temat śmierci w średniowieczu, poprowadzony przez ww. Annę Brzezińską. Sala pękała w szwach, co było jednym z nielicznych wyjątków, podczas całej imprezy. Około godziny 21:00 udałem się na patio szkoły, aby uczestniczyć w LARP-ie, osadzonym w klimacie serialu „Lost –Zagubieni”. Nasza przygoda zakończyła się wybuchem wyspy i śmiercią wszystkich uczestników. Naprawdę, to była przednia zabawa! Zmęczony, ale zadowolony powlokłem się do sleep roomu, na zasłużony odpoczynek.

Sobota, 4 lipca 2009

Kolejna noc przespana na karimacie nie była tym, o czym marzyłem po ciężkim dniu. Na szczęście chęć do życia przywrócił mi po raz kolejny gorący prysznic.

Po spartańskim śniadaniu udałem się na dwugodzinne spotkanie autorskie z Henry Lion Oldi. Panowie opowiadali o sobie, swojej współpracy oraz o tym, jak pisze się książkę w… piątkę!

Kolejną atrakcją był turniej walki na broń LARP-ową, czyli coś dla fanów fechtunku oraz lateksu. Turniej wygrał Kane, który nie dał się pokonać nawet tarczownikom.

Po przerwie na obiad udałem się na spotkanie autorskie z Jackiem Piekarą. Pisarz opowiadał m.in. o rozległych planach na przyszłość.

Kolejne godziny spędziłem na różnego rodzaju dyskusjach i rozmowach z konwentowiczami. Koniec końców i tak wylądowałem na swojej karimacie.

Niedziela, 5 lipca 2009

Obudziłem się ze świadomością, że jest to ostatni dzień konwentu. Tradycyjnie już zawlokłem się pod prysznic, a później coś przekąsiłem. Spakowałem się i udałem na poszukiwanie znajomych w celu pożegnania się.

Zanim się obejrzałem była już godzina 14:00. Jako że pociąg do domu miałem o 17:20, udałem się jeszcze na ostatnie piwo do Paradox Cafe. Tam spędziłem czas, grając w Nerdy (odmiana tryktraka) oraz kalambury. Warszawa pożegnała mnie oberwaniem chmury. Mimo wszystko wracałem naprawdę zadowolony.

Ogólne wrażenia

Pod względem organizacyjnym piąta Avangarda była naprawdę genialna! Było to widać już od początku: sprawnie przeprowadzona akredytacja, przestronne sale prelekcyjne. Warunki sanitarne w porównaniu z innymi konwentami zasługują na co najmniej 5+! Toalety były czyszczone regularnie. Można było wziąć gorący prysznic nie czekając zbyt długo na swoją kolej. Wystawione czajniki, a nawet mikrofalówka, niewątpliwie ułatwiały życie. Bufet czynny do 22:00, zapewniał ciepły posiłek bez wychodzenia poza obszar imprezy. Po godzinie 22:00 na korytarzu obok auli można było zamówić zupkę chińską lub tosty, za w miarę przyzwoitą cenę.

Organizatorzy konwentu wyszli naprzeciwko również „nocnym markom” – przez dosłownie całą imprezę, 24 godziny na dobę, działał Games Room. Liczne spotkania autorskie z polskimi i rosyjskojęzycznymi pisarzami zasługują co najmniej na pochwałę. Świetnie wyposażona „Blaszana Arena”, czyli sala z komputerami, umożliwiała nie tylko dostęp do internetu, ale również obcowanie z najnowszymi grami PC.

Kończąc moje sprawozdanie, muszę przyznać, że Avangarda V była konwentem naprawdę wspaniałym! Kto nie był, niech żałuje! Mam nadzieję, że za rok będzie jeszcze lepiej i spotkamy się w jeszcze większym gronie. Kończąc, nawiążę do klasyka: a ja tam byłem miód i wino piłem…

Wywiad

Rok temu udało mi się przeprowadzić bardzo ciekawą rozmowę z ukraińskim duetem pisarzy Henry Lion Oldi Czytaj dalej…

Dlaczego (nie)oglądam House’a?

20 Lipiec 2010 18 uwag

Podczas ostatnich juwenaliów byliśmy z moim bratem na zakupach w poznańskiej Plazie. Obowiązkowo zahaczyliśmy o sklep obuwniczy. Jarek jak zawsze szukał dla siebie glanów, ja kręciłem się bezmyślnie przymierzając różne modele trzewików. Z transu wyrwała mnie nieznajoma dziewczyna. Na oko siedemnastoletnia, dobra uczennica, uczęszczająca do dwójki, bądź innego prestiżowego liceum, z niezmiernie poukładanym życiem. Dodatkowo fundusze jakimi dysponowali jej nowobogaccy rodzice dawały jej bezpieczeństwo i szczęście.
Myślicie, że jej zazdroszczę? Absolutnie! Współczuję dziewczynie takiego życia „za szklaną ścianą”.
Laska miała wybrać sobie jakieś buty, bo niedługo całą rodzinką jechali do Rzymu. Gdybyśmy minęli się na ulicy, bądź jechali razem tramwajem nie zwróciłbym na nią uwagi, ot kolejna rozpieszczona córka jakiegoś prezesiny. Jednak to co mnie zaciekawiło, to koszulka zakrywająca jej drobne piersi.
Biały t-shirt na którym widniało jasnoniebieskie logo „House M.D.”.
„Aha, nigdy nie ruszę tego serialu” – myślę sobie.

Niestety „House” jest zbyt dużym fenomenem, żeby przejść koło niego zupełnie obojętnie. No i oglądam to łajno. Chociaż jestem nastawiony bardzo sceptycznie, bo zamiast zrobić w pierwszym odcinku od razu rentgen, drużyna House’a kombinuje jak łysy koń pod górkę. I tak jest za każdym razem. No, ale nie można odmówić temu serialowi świetnej gry aktorskiej. Oczywiście „boski” Hugh Laurie, na którego widok sikają takie laski jak ta ze wstępu, odwalił kawał naprawdę dobrej roboty.
Jednak jedną z niewielu rzeczy, która trzyma mnie przy tym serialu to pytanie czy „Chase zarucha?”. Ponadto ucieszył mnie widok Sama Trammella, w czwartym odcinku, znanego z roli Sama Merlotte’a w serialu „True Blood”. Na deserek w piątym epizodzie pojawia się Elizabeth Mitchell, czyli popularna Juliet Burke, z kultowych już „Lostów”.

Ja, Gregory House

Najlepsze jest to, że całe rzesze fanów utożsamiają się z Housem, nie mając pojęcia co to jest mizantropia, a socjopatę mylą z psychopatą. Fajnie, że chcecie podkreślić swój indywidualizm i być modni, ale nie ośmieszajcie się przy tym!
Wielu z moich znajomych korzystających z Facebooka, szczycie się, że w teście na to „Jakim bohaterem House M.D jesteś” wyszło im, że są właśnie Gregiem, pomimo tego, że są mega zakompleksieni, o logicznym myśleniu mogą pomarzyć, a ich jedyne uzależnienie to dłubanie w nosie. Czas zmienić znajomych, czy portal społecznościowy?

Często czytając akapity „O mnie” można dojść do wniosku, że internauci to ponure bestie, które nocami zabijają, kradną i plują ogniem. Ludzie budują wokół siebie sztuczne mury, lecząc tym samym swoje chore głowy. A wielu z nich jest nakręcona przed najsłynniejszego diagnostę świata.

House’a albo się kocha, albo nienawidzi. Ja już dawno wybrałem bramkę numer dwa i konsekwentnie się jej trzymam. Niestety obiecałem sobie, że podczas wakacji przerobię jakiś dłuższy serial, no i padło na pana od Vicodinu. I z jednej strony oglądam odcinek za odcinkiem, a z drugiej strony cały serial jest mi kompletnie obojętny, tak jakbym oglądał 40 minutowe pasmo reklamowe. Oboje z Gregiem tego nie chcemy, ale czeka nas jeszcze wiele wspólnie spędzonych chwil. ;)

Tradycyjny wpis na blogu #2

17 Lipiec 2010 5 uwag

„Hey, baby, I like it raw…
Yeah baby, I like it RAW!!!
Ooh, baby, I like it raw…
Yeah baby, I like it RAW!!!”

Nawiązując do tego wpisu, mam zamiar kontynuować tradycję pisania notek z Brodnicy.

Kilka godzin temu wróciliśmy wesołą ekipą spod Grunwaldu. Prowadził Krzysiek, pilotował Fiołas, browary ze mną łoił Siudek. Ot, kompanija.

I jak było? Przede wszystkim tylu buraków to nawet sołtys Pląchot nie ma na swoim polu, co spotkałem na polach grunwaldzkich. Przyjechały chamy ze swoimi żonami śmierdzącymi kiszonymi ogórkami i spaloną zupą pomidorową. Nie daj Boże, któremuś bydlakowi syn pracujący w Anglii sprezentował aparat, bądź kamerę, a już bydło biegło, byle bliżej, byle najebać więcej materiału. Plus czterdzieści parę stopni, a „pot śmierdzi spod pach”. A jeszcze jeden, z drugim wielkim historykiem jest – od „litewskich chujów” Jagiełłę nazywa, wypomina, że Malborka nie zdobyliśmy, twierdzi, że Litwa była królestwem, ale matura nadal jest jego marzeniem. Jakby to usłyszał sam Władysław Jagiełło, to by powiedział: „Nie o takie Polskie i Litwe walczyliśmy”.

Jak już dałem upust swojej frustracji, to mogę teraz spokojnie pojechać organizatorów.
Z tego co pamiętam tylko raz w historii obchodzi się 600-lecie bitwy pod Grunwaldem. I tylko raz można spieprzyć tak ważną imprezę. ;D
Absolutnie sprawiedliwie mogę stwierdzić, że Toruńskie Dni Fantastyki 2009, były zdecydowanie lepiej przygotowane! Brak podziału na sektory, zbyt mało osób zabezpieczających imprezę, brak szybkich dróg dla karetek, zbyt mało miejsc (spodziewano się ponad 100k chamów – przygotowano 50k miejsc). Gwoździem do trumny byli harcerze, którzy pozajmowali najlepsze miejsca. Nigdy nie lubiłem tych gnoi, zawsze mieli nosy wyżej niż srali. O totalnym chaosie i braku komunikacji na linii organizatorzy-służby, można by napisać nie małą książkę.

Jak już wywołałem TDF do tablicy, to wszystkich Nerdów informuję – na Avangardzie przedyskutujemy, czy odbędzie się tegoroczna edycja.

Dzisiejszego wieczoru słucham tego:

PS: Osobiście lubię kiszone ogórki (do wódki) i zupę pomidorową (w zimę).
PS2: No co? Nie mogę całe życie słuchać rocka, bo bym zwariował. Na jeden wieczór mogę odpuścić na rzecz Old Schoolu. ;P

Wakacje?

6 Lipiec 2010 Dodaj komentarz

Sesja zakończona. Wszystkie egzaminy (aż dwa!) są już za mną. Kampanię wrześniową zostawiłem hitlerowcom, wolę czytać niż znów zakuwać to samo. Melduję wykonanie zadania.

Siedzę teraz na tarasie w mega lanserskich okularach z laptopem na kolanach i zimną mineralną. Słońce pieści moje delikatne ciało jak sprawna Azjatka. Kątem oka czytam kawał dobrej literatury a nie jakieś gówno z umysłowego demobilu. Czyżby to była sielanka? Może, tak. Przynajmniej przez parę godzin nie martwią mnie żadne problemy. Jak na razie wracam do lektury i żegnam spoconych czytelników. ;)

Kategorie:Sir Jedi

W piątkowy wieczór

29 Czerwiec 2010 Dodaj komentarz

krótki short:

Jak zawsze po imprezie wracała do domu nawalona jak bela. Nogi same prowadziły ją tam gdzie chciały. Żałośnie zataczała się, kręcąc na boki głową. Trzeba przecież odreagować kolejny ciężki tydzień w branży marketingowej. Otwarta torebka i rozwalona fryzura – tak właśnie prezentuje się Monika Kotewicz, CMO jeden z większych poznańskich firm. Jeżeli starczy jej sił to może zamówi taksówkę. Nie jest przecież byle szmatą, by wracać do domu podłym „nocnym”.
Park Dąbrowskiego koło Starego Browaru był zgoła pusty, jeżeli nie licząc żula wyciągającego puszki ze śmietnika. Monika nonszalancko odpaliła cienkiego papierosa. Mentolowy dym od razu rozszedł się po jej trzewiach.
„Jak się pije, to się pali” – pomyślała.

Oddając kolejne niepewne kroki, przybliżała się do taksówek czekających na końcu jej rozmazanego horyzontu. Wtem masywna dłoń chwyciła ją za szyję. Kobieta próbowała wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, jednak uścisk był na tyle silny, że każde słowo umierało zanim zostało wykrzyczane. Napastnik przyciągnął Monikę do siebie i zaczął brutalnie macać ją po obfitych piersiach.

„Wyssę z ciebie całą krew suko, a potem będę ruchał twoje truchło!” – jego metaliczny głos rozsadzał jej czaszkę.
Kły wbiły się w główną aortę szyjną kobiety. Ciepła i lepka krew trysnęła na trawę. Monika czuła tylko, że z każdą chwilą uchodzi z niej życie. Powoli osunęła się na ziemię.

„Cięcie mamy to, kurwa!!!” – krzyknął Mirek Otręba, reżyser i scenarzysta filmu „Kły w parku 2″.
„Będzie hicior, będzie hicior panie reżyserze” – poklepał go po plecach operator kamery Zdzisław Nowacki.
„No ja ma nadzieję. Starej obiecałem rejs jachtem dookoła Teneryfy. Trzeba będzie trochę kasy zarobić. „Jedynka” sprzedała się jak jakaś głupia piosenkarka. Na „dwójkę” przyjdzie jeszcze więcej ludzi, w końcu zrobiłem najlepszy polskich horror, ever.”
„Miruś i jak wyszło? Jestem ciekawa końcowych efektów” – zaświergotała piskliwym głosem Anita Marciniak, odtwórczyni głównej roli
„Zajebiście, maleńka. Słuchaj muszę z tobą omówić warunki kontraktu, jeżeli chcesz zagrać w moim kolejnym filmie. Weź się wykąp, a potem przyjdź do mojego pokoju w hotelu.”
„Jak sobie pan życzy, reżyserze” – odpowiedziała Marciniak, kręcąc sobie zalotnie loczka ze swoich blond włosów.
„Cieszę sie, że się rozumiemy, maleńka” puszczając do niej oczko, Otręba odwrócił się w stronę całej ekipy wpatrzonej w niego jak w Boga
„No hołota, na dzisiaj koniec. Żegnam wszystkich. Dobranoc.”

Wszelkie podobieństwo do osób, zdarzeń, imion i nazwisk jest zupełnie przypadkowe.

Kategorie:Moje opowiadania

20 arkuszy

21 Czerwiec 2010 3 uwag

Mam 20 lat i nic poza tym. Czuję się jak blok rysunkowy – 20 sklejonych ze sobą kartek i nic poza tym. Kolorowa pierwsza strona, potem biel i gdzieś na dnie gorzka szarość. Kod kreskowy na karku i puste strony – bez żadnej skazy.
A więc mam dużo miejsca do pisania…

Kategorie:Sir Jedi

Video Mess #1

17 Czerwiec 2010 1 komentarz

Wpis bez sensu. Miłego oglądania i słuchania.

























Na koniec mam dla was dziewczynę Nerdy:

Kategorie:Jajca!

Dni Fantastyki 2010 – chyba Faile Fantastyki 2010

14 Czerwiec 2010 5 uwag

Witam.
Szlag jasny zaraz mnie trafi! Do egzaminów trzeba się uczyć, a tu takie kwiatki doprowadzają mnie do szału. Jak można być takim analfabetą i ignorantem? Od razu widać, że ilość nie przekłada się na jakość w wykonaniu Dni Fantastyki 2010 we Wrocławiu. Spójrzcie na to:

Z zacnego newsa o Cathy Munroe możemy się dowiedzieć, że aktorkę… wcięło podczas występowania w (o zgrozo!) „Imperium Kontraatakuje”. Co za chamstwo!
Sugeruję, organizatorom następnej edycji konwentu, aby wybrali newsmana, który nie będzie analfabetą, zna tytuły najważniejszych filmów sf wszech czasów i stawia kropki po zakończeniu zdań orzekających. Polecam również zmniejszenie ilości newsów na rzecz ich jakości.

Niestety, ale miarka się przebrała. ;)

„Kolor Magii” Terry’ego Pratchetta

10 Czerwiec 2010 1 komentarz

Przed wami następna recenzja. Tym razem jest to Terry Pratchett ze swoim „Kolorem Magii”, czyli powieścią otwierającą Świat Dysku. Zapraszam do lektury mojego artykułu oraz samej książki. ;)

„Często mówi się, że pewne produkty popkultury są kultowe. Filmy, komiksy, muzyka; to płaszczyzny do których najczęściej odnosi się to stwierdzenie. A czy istnieją również tego typu książki? Szczególnie te z gatunku fantastyki? Bez wątpienia, tak! Do autorów piszących takie pozycje należy Terry Pratchett, twórca Świata Dysku. Cała seria jest starsza niż wielu jej czytelników – pierwsza jej cześć została wydana w 1983 roku. Do dziś Anglik napisał 40 tomów, tworząc jedno z najciekawszych uniwersów fantastycznych, mające fanów w każdym zakątku naszego globu. A wszystko zaczęło się od powieści „Kolor Magii”, będącej zalążkiem Świata Dysku.

Głównymi bohaterami powieści są: mag Rincewind, naiwny turysta Dwukwiat i… Bagaż. Na tle ich niesamowitych przygód poznajemy mechanikę rządzącą Światem Dysku. Pomimo niewielkiej objętości książki, dzieje się bardzo wiele. Jest to wynik skondensowania opisów i absolutnie nieprzewidywalnej fabuły. Razem z trójką „przymusowych” kompanów przemierzamy ulice największego miasta uniwersum, czyli Ankh-Morpork, oraz zwiedzamy kilka innych ciekawych lokacji. Odkrywamy również zasady jakie rządzą magią, a są one bardzo niekonwencjonalne.

Cały Świat Dysku to satyra otaczającej nas rzeczywistości. Każdy tom wyśmiewa inne zagadnienia, ukazując nasz świat w baaaardzo krzywym zwierciadle. „Kolor Magii” to pastisz fantasy, gier RPG i twórczości H.P. Lovecrafta. Ponadto Anglik jawnie drwi z herosów, sztucznego pompatyzmu, a przede wszystkim z naszych, ludzkich przywar. Autor bez pardonu szydzi z ludzkiej naiwności, próżności, chęci zdobycia władzy oraz głupoty. Dodatkowo w sposób bardzo udany parodiuje fantasy, szczególnie podgatunki: heroic, high oraz urban. Występujący w powieści herosi to karykatury bohaterów fantasy, świat przedstawiony to parodia takich uniwersów jak Ziemiomorze, a podwójne miasto Ankh-Morpork, to nawiązanie między innymi to Arkham, miasta pojawiającego się w prozie Samotnika z Providence. Oprócz tego pojawi się wiele „klasycznych” stworzeń świata fantastycznego, które będą mocno „zniekształcone”. Bohaterowie to w dużej mierze okrutni nieudacznicy, którzy potykają się o własne nogi. Nawet największy ponurak wielokrotnie będzie zrywał boki czytając o przygodach trójki kompanów. Humor jaki reprezentuje Pratchett, to mieszanka absurdu oraz hiperboli. Nie chcę zbytnio zdradzać szczegółów książki i zepsuć wam zabawy, ale góra, która jest u podstawy węższa niż u wierzchołka, może zdarzyć się tylko u Pratchetta! Mówiąc całkiem szczerze, dawno nie czytałem tak inteligentnie napisanej książki.

Fenomen książek Pratchetta można porównać tylko do grupy Monty’ego Pythona. Miejscami bardzo podobny humor, zewsząd bijący absurd oraz nieprawdopodobny świat przedstawiony to trzy wspólne cechy twórczości wymienionych wcześniej Brytyjczyków. Po przeczytaniu tej książki fani kultowego serialu „Latający cyrk Monty Pythona” na pewno nie będą zawiedzeni.

Stylistycznie i językowo jest dobrze. Autor barwnym słownictwem opisuje Świat Dysku, wplatając co i rusz różne neologizmy oraz nietypowe nazwy własne. W tym miejscu wypada pochwalić karkołomną pracę Piotra W. Cholewy, tłumacza „Koloru Magii”. Sprostał on trudnemu wyzwaniu przełożenia skomplikowanych wyrazów wymyślonych przez Pratchetta na nasz język, nie tracąc nic a nic z klimatu i humoru powieści. Naprawdę należą mu się za wielkie brawa!”

Czytaj dalej

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.