Archiwum

Archiwum dla Maj 2010

“Hrywny”

28 Maj 2010 Dodaj komentarz

Mam dla was nową miniaturę, pod tytułem “Hrywny”:

Nie miał grosza przy duszy, ani żadnego papierosa, a jasny księżyc oświetlał miejski park. Droga do domu wydawała mu się długa i nieprzyjemna. Z rękoma wbitymi w kieszenie maszerował po dawno wydeptanych ścieżkach licząc, że spotka kogokolwiek, kto poczęstuje go choćby połową cygarety. Nic jednak nie mąciło spokoju, który go otaczał. Wiatr z wolna poruszał korony drzew, a świerszcze rytmicznie cykały.
-Jutrzejszy poranek to będzie masakra! – pomyślał mężczyzna, wyobrażając sobie potężnego kaca, który będzie go męczył cały następny dzień.

Wtem coś poruszyło się w krzakach, obok których przechodził. Zaniepokojony, instynktownie od nich odskoczył. Ujrzał w gęstwinie parę czerwonych, świecących ślepi, które przeraźliwie pulsowały. Nie czekając zbyt długo, rzucił się w popłochu do ucieczki. Pędząc ile sił w nogach próbował kierować się w stronę wyjścia z parku. Jego organizm zapomniał o wypitym alkoholu i lekkim brzuszku; biegł jak opętany. Potężny zastrzyk adrenaliny podpowiadał mu tylko jedno: przeżyć i to za wszelką cenę! Gałęzie drzew niemiłosiernie cięły go po twarzy, a żywopłoty zaczęły układać się w bezlitosny labirynt. Bestia wyskoczyła z krzaków i gnała ku niemu z diabelską wręcz prędkością. Mężczyzna nie miał zamiaru się jej przyglądać. Tylko raz się obejrzał: potwór miał kły wielkości noży i ciemną, na poły wyliniałą sierść.
Gdy ujrzał parkową bramę, dopadła go dusząca zadyszka. Serce mu waliło jak dzwon, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Jedynym wyjściem było wspiąć się na drzewo i liczyć na jakiś cud. Mężczyzna jednym susem skoczył na konar rozłożystej wierzby i kiedy próbował się podciągnąć, bestia rzuciła się na niego i powaliła na ziemię. Demoniczny warkot jaki z siebie wydała nie dał się z niczym porównać. Przez umysł w zastraszającym tempie przeleciał mu film z całego dotychczasowego życia. Dzieciństwo, rodzice, szkoła, pierwsza dziewczyna, koncert Lady Pank, matura, studia, imprezy, śmierć mamy, praca, wesele brata.

Stróżka śliny spadła mu na twarz. Bestia wygrała. To koniec.
Świst przeciął powietrze, a wystrzelona strzała trafiła potwora prosto w oko. Piekielne stworzenie zatoczyło się na nogach. Sekundę później kolejna strzała ugodziła je w podbrzusze. Parkowy koszmar padł trupem.
Zza drzew wyłonił się mężczyzna w kapeluszu. W ręku trzymał łuk refleksyjny, a przez plecy miał przewieszony kołczan. Niedoszła ofiara bestii podbiegła go niego i zaraz zaczęła mu dziękować za uratowanie życie, ten jednak tylko ozięble odpowiedział:

-Goniłem ją od południowych stepów Azji, przez cały Ural, pola Ukrainy aż do teraz. Zawsze mi się wymykała – do dziś.
-Boże, to cud! Nie wiem jak panu dziękować! Moje imię to Janek. Nie wiem jak mam panu się za to odwdzięczyć.
-To drobnostka. Ważne, że po tylu miesiącach tułaczki udało mi się zabić skurczybyka. Co do bestii: jak dotąd unikała miast, nawet tych mniejszych, ale dziś coś skłoniło ją do wdarcia się tutaj. Ty okazałeś się świetną przynętą. Wiedziałem, że się sprawdzisz.
-Jak to sprawdzę się? Przecież wracałem spokojnie do domu!
-Kiedy byłeś w barze, wyszedłeś na chwilę do ubikacji. Ja w tym czasie dyskretnie wypsikałem twój płaszcz zapachem, który przyciąga canguçú, czyli w mowie ludzi stepów “piekielnego kota”.
-Czy ja, kurwa, byłem jakąś przynętą jak jakiś robak!
-Niestety tak mój drogi. I tak miałeś przekichane życie, więc się nie obrażaj. Ale jako, że widziałeś canguçú, mam dla Ciebie prezent.
-Tak, ciekawe jaki? Wystawisz mnie chupacabrze?
-Nie, zabiję.
Po czym pchnął Janka sztyletem myśliwskim prostu w brzuch. Mężczyzna osunął się bezwładnie na ziemie, po czym skonał.

Kilka godzin później…

MORDERSTWO W PARKU!

“Dziś w nocy, w parku miejskim imienia Kornela Makuszyńskiego doszło do morderstwa! Ofiarą jest Jan W. Mężczyzna został pchnięty nożem, przez nieznanego sprawcę. Na razie nie ustalono kto może nim być. Rzecznik komendy policji twierdzi, że funkcjonariusze są na tropie zabójcy. Jak dotąd nie ustalono motywów tego przestępstwa. W ubraniu denata znaleziono wszystkie dokumenty oraz plik banknotów, w dużej mierze ukraińskich hrywien. Ponadto mężczyzna w dłoni trzymał strzałę. Policyjni specjaliści ustalają czy znajduję się na niej krew denata, bądź mordercy. Policjanci zapewniają, że zwiększyli patrole w miejscach publicznych…”

—-
*Onça – canguçú: LINK. Moja wersja jest troszkę zmodyfikowana. ;)

… #2

25 Maj 2010 1 komentarz

Nie wiem co napisać.

Paul Dedrick Gray nie żyje. Jeden z założycieli Slipknota został znaleziony martwy w swoim apartamencie. Jest mi przykro…

#2:

Kategorie:Sir Jedi

Tradycyjny wpis na blogu

24 Maj 2010 1 komentarz

Z okazji kilku dni jakie spędzam w rodzinnym domu, kontynuuję tradycję wpisu prosto z Brodnicy. Ponadto, muszę zadbać, żeby parę słabych wpisów wypadło z “głównej”.

Niedługo sesja, więc blog wróci na pełnych obrotach. Znów będzie wulgarnie i szowinistycznie. Liczę, że wszyscy fani “moich prostych sztuczek” już się nie mogą doczekać!
Jak na razie w domowym zaciszu zwieram szyki: czytam, piję, słucham muzyki.

Nie do końca kontaktuję po Juwenaliach. Było na maksa gruuubo. Choć muszę przyznać, że na Strachach się zawiodłem. Słaby koncert, słabego zespołu. Z drugiej strony, bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazał się Head Hunter. To było świetne pogo na otwarcie imprezy! Na szczęście podczas weekendu pogoda dopisała. I na koniec, pozdrowienia dla całego VIP Roomu. :)

No i konsekwentnie wykonuję plan noworoczny czytania klasyków. Obecnie jest to Pratchett, ze swoim “Kolorem Magii”. No powiem szczerze, że jest bardzo dobrze. Oczywiście “Świat Dysku” czyta się na pęczki, więc nie mogę sobie jeszcze wyrobić na jego temat pełnego zdania. ;)

Na koniec muzyka. Obecnie jestem pod ogromnym wrażeniem zespołu Łąki Łan. Goście to chyba Łowcy.B polskiej przestrzeni fonograficznej! Posłuchajcie sami:

A więc tradycji stało się zadość. ;)

Regularność

19 Maj 2010 3 uwag

Pusty brzuch, tygodniowy zarost i kurczący się worek z marzeniami, to rzeczy, które mobilizują do egzystencjalnego pisania o trzeciej w nocy. A wszystko przez regularność.

Bycie regularnym, to bycie odpowiedzialnym. Każdy o tym wie, że jak sobie pościelesz, tak masz przejebane. Nawet ogrom ciężkiej pracy może być z łatwością zmarnowany przez brak regularności.

Prosty przykład: jeżeli często piszesz smsy ze swoją dziewczyną, dużo z sobą rozmawiacie, często razem gotujecie i REGULARNIE uprawiacie seks, wszystko jest w porządku. Nie daj Boże, a systematyczność, którejś z tych czynności zostanie zachwiania, to od razu nad waszym związkiem pojawią się burzowe chmury.

Żeby być w czymś dobrym trzeba być regularnym, nierzadko aż do znudzenia. Najlepszym przykładem są ludzie utrzymujący się z pisania; pozorny brak stresu i zwierzchników, często gubi początkujących adeptów tej sztuki. Z drugiej strony łatwo można wpaść w pułapkę grafomanii, co jest jeszcze większym złem.

Na mojego bloga nikt nie zagląda, bo nie piszę regularnie. Jeśli to czytasz znaczy, że ulitowałeś się nade mną. Regularnie nie sprzątam i nie odkurzam. Nie dojadam i nie dosypiam. Nie robię wielu rzecz regularnie. Czy to objaw lenistwa, czy przejściowa chandra? A może po prostu nie mam czasu? Więc na co go mam?

Ja idę spać, a wam życzę REGULARNOŚCI.

PS: dobrze, że już skończyłem te wypociny, bo pisanie w kółko jednego wyrazu pierze musk.

Kategorie:Sir Jedi

HCN zabija!

11 Maj 2010 Dodaj komentarz

Dziś przed wami recenzja książki Magdaleny Kozak pt. “Fiolet”. Powieść i artykuł jeszcze ciepłe. ;)

Magdalena Kozak to autorka, która zdobyła sławę głównie w związku z sagą “Nocarz”. Dzięki niej była trzykrotnie nominowana do Nagrody Polskiego Fandomu im. Janusza A. Zajdla. Ma również na swoim koncie cykl opowiadań o smoczycy Paskudzie. Pod koniec kwietnia na półki księgarń trafiła nowa powieść warszawskiej pisarki, pod tytułem “Fiolet”. Czy warto poświęcić jej swoją uwagę?

Fiolet to zjawisko zagrażające całej naszej planecie, w tym Polsce. Losy naszego kraju spoczywają w rękach grupy spadochroniarzy, którzy jako jedyni mogą sukcesywnie powstrzymywać popularne “fiołki”, które wydzielają cyjanowodór w hurtowych ilościach. Do tej ekskluzywnej grupy należy ogniście ruda Milka, młoda dziewczyna kochająca skoki ze spadochronem, adrenalinę i… pewną personę. Cała akcja powieści rozgrywa się w Warszawie, która jest częściowo sparaliżowana, a nad miastem pieczę trzyma wojsko. Tak pokrótce można scharakteryzować zalążek fabuły książki oraz główną bohaterkę.

Rdzeniem powieści są skoki spadochronowe, które są naprawdę świetnie opisane. Nierzadko można odnieść wrażenie, że razem z Milką pikujemy w przestworzach, a zimny wiatr niczym bicz smaga naszą twarz. Innym ważnym elementem “Fioletu” są relacje, jakie mają miejsce pomiędzy członkami grupy spadochroniarzy. Przyjaźń, jaka między nimi szybko się zacieśnia, jest w skutek kilku zdarzeń mocno nadwątlona. Fabuła szybko nabiera rozpędu, a wydarzenia mkną niczym rwąca rzeka, dzięki czemu nie będziemy nudzić się ani przez chwilkę. Często zdarza się tak, że przy szybkim tempie akcji, traci swoją wartość treść historii . Na szczęście Magda Kozak serwuje nam naprawdę zaskakujące przygody oraz niespodziewane rozwiązania. Dzięki temu precyzyjnemu wyważeniu akcji i fabuły autorka zasługuje na gromkie brawa, a sama powieść naprawdę dużo zyskuje.

Język, jakim posługują się spadochroniarze, jest dość szorstki, ale naturalny. Ponadto jest w niego wplecione całe mnóstwo pojęć specjalistycznych oraz swoisty slang, jakim operują bohaterowie. Błyskotliwy styl autorki nie pozwala nam się oderwać od lektury. Czuć doświadczenie pisarskie Warszawianki, która umiejętnie operuje słowami, budując z nich imponującą całość. Kilkukrotnie wybuchniemy śmiechem, ale momentami co wrażliwszym może zakręcić się łezka w oku. Dzięki tym ambiwalentnym odczuciom, książka ta okazuje się naprawdę świetną lekturą. Co do gatunku “Fiolet” należy zaliczyć do nurtu fantastyki militarnej z domieszką postapokaliptycznych smaczków. Choć w całość dodatkowo wkrada się dość poważny romans, który znacząco zmienia losy bohaterów.

Należy również wspomnieć o wydaniu książki. Czcionka jest duża, a marginesy szerokie, dzięki czemu “Fiolet” czyta się bardzo przyjemnie. Trzeba zwrócić uwagę na świetną okładkę, za którą jest odpowiedzialny Piotr Cieśliński – jest naprawdę genialna i doskonale oddaje charakter historii. Powieść Magdy Kozak wyróżnia się jeszcze jednym szczegółem: ta pozycja została wydana w kooperacji przez Runę oraz Bellonę. Warto się pokusić o małą refleksję na ten temat. Jesteśmy przyzwyczajeni do jednego wydawcy, a sytuacja, gdzie dwie firmy wydają książkę, jest wyjątkowa, choć ostatnio modna (np. “Zagubiony symbol” Dana Browna). Myślę, że czytelnicy nic na tym nie tracą, a mogą jedynie zyskać na jakości wydana. Ciąg dalszy tutaj.

„Decathexis” – Recenzja

A więc kolejna recenzja jaką popełniłem:

Łukasz Śmigiel zadebiutował zbiorem opowiadań grozy “Demony”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Red Horse w roku 2008. Z tejże antologii pochodzi opowiadanie “Dekathexis”, które zrobiło ogromną furorę wśród czytelników – autor został zasypany prośbami o rozwinięcie tej historii. W grudniu 2009 w księgarniach pojawiła się powieść “Decathexis” będąca początkiem sagi o losach Kirkegaardu – mrocznego państwa, w którym religią panującą jest Śmierć. Jak Śmiglowi udała się sztuka rozwinięcia dawnego pomysłu?

Głównym bohaterem książki jest Jon Pendergast, młody szef Inspektoratu. Jednostka ta zajmuje się szeroko pojętą kulturą pośmiertną, zaczynając od orzeczenia zgonu po obrządki pochówku włącznie. Cały Kirkegaard stoi u progu rewolucji mentalnej i religijnej, a Jon jest oczywiście jedną z ważniejszych person tego przewrotu. Pendergast oprócz licznych obowiązków związanych z urzędem, który piastuje, ma również mnóstwo problemów w życiu osobistym.

Już od pierwszych stron wyraźnie widać, że “Decathexis” to zlepek stylów i gatunków; na czoło wysuwa się kryminał, którego wyraźnie czuć tu najwięcej. Oprócz niego widać elementy horroru, powieści przygodowej, a nawet romansu. Klimat książki jest przesiąknięty duchem Arthura Conan Doyle’a, a młodego Pendergasta możemy śmiało nazwać uczniem Sherlocka Holmesa. Chociaż niekiedy “Decathexis” jest promowana jako powieść z elementami steampunku, trudno doszukać się w niej krzty tej konwencji. Co prawda występują maszyny parowe, ale to jeszcze nie powód, by nazywać ją steampunkową. Miejmy nadzieję, że zmieni się to w kolejnej części sagi.

Ważnym elementem są sprytnie przemycone rozważania na temat tanatologii i tanatopraksji. Obie dziedziny zajmują się w większym lub mniejszym stopniu ciałami zmarłych. Autor prezentuje nam różnego rodzaju sposoby na sprawdzanie, czy ciało jest żywe czy martwe, oraz najwymyślniejsze sposoby pochówku i obrzędy z tym związane. Bogactwo polskiej tradycji związanej ze śmiercią jest naprawdę imponujące, a Śmigiel w swojej powieści doskonale to wykorzystał.

Język, jakim posługuje się autor, jest naprawdę bardzo przyjemny. Zgrabnie poukładane słowa tworzą bardzo przejrzyste i jasne zdania. Styl Śmigla mocno wyewoluował od czasów wspomnianych “Demonów” – jest teraz znacznie bardziej dojrzały i rozbudowany, dzięki czemu jego najnowszą powieść czyta się bardzo dobrze. Warto zwrócić uwagę na obszerne wątki poboczne całej historii, które pokazują ścieżkę głównej fabuły z różnych perspektyw. Świetny zabieg literacki, niestety jeszcze rzadko spotykany w polskiej fantastyce. Trzeba też podkreślić, że końcówka jest bardzo zaskakująca i mocno winduje poziom całej książki.

Na pochwałę zasługuje również oprawa powieści. Niewielka objętościowo (255 stron) książka jest wyposażona jest w okładkę ze skrzydełkami oraz czarno-białe, klimatyczne szkice autorstwa Agaty Cholewy. Koszt tej pozycji to przeciętne dwadzieścia dziewięć złotych. Cena jest więc jak najbardziej rozsądna. Ciąg dalszy tutaj.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.