Sherlock Holmes jakiego nie znacie
W piątek byłem na “Avatarze”. Bardzo zawiodłem się na… tym czymś. Szkoda mi stukania w klawiaturę, aby opisać wtórność tego “filmu”. A myślałem, że “Dystrykt 9″ był słaby. Dopiero teraz doceniam obraz Neilla Blomkampa.
Na szczęście wczoraj, miałem przyjemność być na jednym z najlepszych filmów jakie widziałem w ciągu kilku ostatnich miesięcy. “Sherlock Holmes” spodobał mi się od pierwszej minuty. Moim zdaniem to fenomen na skalę “Mrocznego Rycerza”, ponieważ postać Holmesa została drastycznie odświeżona i przystosowana do współczesnego odbiorcy. No i tak jest lepiej…
Sherlock jest (uwaga panie) seksowny, wygimnastykowany (to on wymyślił parkour) i pali prawdziwą fajkę. Ponadto standardowo: widzi niewidzialne, dość awangardowo gra na skrzypcach i jest genialnym bałaganiarzem (to najbardziej ujęło mnie za serce :P)
Idąc na ten film miałem nadzieję, że będzie zawierał chociaż szczątkowe elementy steampunku. No i były dość szczątkowe. Ale nie wybrzydzam, bo i tak dla mnie to bomba. Trąba ten kto nie trawi imperialnej, XIX-wiecznej Anglii ze swoim brudnym i zadymionym Londynem oraz (delikatnymi) elementami fantastyki.
Świetna gra wszystkich aktorów, szczególnie Roberta Downey’a Juniora (Holmes) oraz Jude’a Lawa (Watson). Na fotelu reżysera wylądował Guy Ritchie, były facet Madonny. Dał radę.
Oczywiście powstaną jeszcze dwa, trzy kolejne filmy o najsłynniejszym detektywie wszech czasów. W końcu nie zabija się kury, która znosi złote jaja. A ten film miał jaja, których brakowało Avatarowi.
Dobrze, że tuninguje się starych “superbohaterów”. Patrząc na “Sherlocka Holmesa” oraz “Mrocznego Rycerza” wychodzi to na dobre. Kto będzie kolejny? Superman? Herkules Poirot? Zobaczymy za 2-3 lata. ;)